Koniec lipca. Gorąco. Wszyscy znajomi opowiadają o urlopach: gdzie byli, gdzie jadą, jakie mają plany. Ja zaś już dawno postanowiłem, że czas wakacji poświęcę pracy… Przy postanowieniu długo jednak nie wytrwałem. Czy jestem ascetą, by latem pracować i rezygnować z przyjemności? Chcę wsiąść na motocykl i jechać tam, gdzie świat wygląda inaczej.

Chcę jechać! Ale z kim? Przykre jest to, że moi znajomi są mniej zwariowani niż ja. Praca, rodzina, obowiązki, a jak odpoczynek – to w luksusowym hotelu. To nie dla mnie. Chcę jechać, tak bardzo chcę, że nie myśląc już o niczym innym – jadę sam. Totalne wariactwo.

Dokąd? Jeszcze nie wiem. Brak planu to moja wielka zaleta (a może wada). Jadę po prostu przed siebie, gdzieś na południe, gdzie ludzie żyją wolniej, woda jest cieplejsza i lepsze wino.

Motocykl (mój kochany trampek) jest prawie nowy, więc nie trzeba wielkich przygotowań. Pakuję to, co niezbędne: paszport, zielona karta, taśma MacGyvera i troszkę pieniędzy. To najważniejsze.

Start wyprawy

Skoro świt startuję. Karkonosze i mizerne drogi w Czechach. Przelatuję przez nie dość szybko. Pierwszy postój w czeskim Mikulowie. Zaczyna robić się gorąco. Śniadanko pod marketem. Po śniadanku zdejmuję kurtkę i spodnie motocyklowe. Pomimo pełnych pogardy spojrzeń super motocyklistów, zakładam krótkie spodenki. Długie spodnie założę dopiero po 10 dniach.

Kolejny postój gdzieś za Wiedniem. Strasznie gorąco, mimo że jadę w koszulce i krótkich spodenkach. Obserwuję motocyklowych globtroterów w klimatyzowanych kombinezonach. Ja natomiast jadę w szortach, T-Shircie, czasem w sandałach. Mam świadomość, że nawet najmniejsza wywrotka jest w tym stroju dużo bardziej niebezpieczna – z tego względu jadę wolniej i jeszcze bardziej ostrożnie niż zwykle.

Po nudnej autostradowej Austrii dojeżdżam do miejsca stworzonego dla takich ludzi jak ja: moto-stajnie u Beniamina Furmana. Gospodarz to niezwykły gość: kocha motocykle i wino. Spędzam noc na zwiedzaniu jego piwnic. Jak mówi Beniamin: „po dobrym winie głowa nie boli". To prawda. Rano jem śniadanie, dostaję butle wina i jadę sprawdzić, gdzie jeszcze wino jest tak dobre.

Droga przez Słowenię

Chorwacja – wyspy i dzicz

Chorwacka autostrada, gorąco, bardzo gorąco. Zjeżdżam i docieram nad Adriatyk. Jadę drogą nr 8 – jedną z najciekawszych dróg w Europie. Szukam noclegu w stylu, który lubię najbardziej: tam, gdzie dostanę śniadanie i kolację jak u babci.

Chorwacja to wspaniały kraj, więc rano podejmuję decyzję, że tym razem zostanę tu na dłużej. Ale ja lubię dzicz, a na wybrzeżu jest tłum i hałas. Uciekam na wyspy.

Wyspa Brać

Zaczynam od wyspy Brać. Miejsce ciekawe, ale jak dla mnie zbyt podobne do reszty chorwackiego lądu. Spędzam tam tylko dzień. Noc w stylu, w którym prawdziwi globtroterzy nie najlepiej by się czuli: rozwijam karimatę i kładę się na betonowym pomoście. Rano korzystam z prysznica ustawionego na plaży.

Po Bracu czas na Hwar, o którym się mówi: „wyspa pięknych widoków i niebezpiecznych dróg". A więc coś, co kocham! O tej wyspie mogę powiedzieć, że to moje miejsce na ziemi: pełna wąskich krętych dróg z niebezpiecznymi przepaściami, masa szutrówek do przepięknych miejsc – plaż jak z bajki lub malowniczych wiosek bez prądu.

Wyspa Hwar
„W jednej z wiosek bez prądu spędzam 3 dni. Raj: cisza, spokój, łódki przycumowane do brzegu, oliwki, winogrona i limonki. Mieszkam na zagraconym tarasie, który gospodarzom służy do przechowywania różnych rzeczy. Dla mnie luksus!"

Miro (mój gospodarz) częstuje mnie winem. Pewnego wieczoru ja stawiam – kupuję wino w sklepie. Pierwszy łyk. Miro, klnąc po chorwacku, wypluwa wino, bierze butelkę i wylewa pod oliwkowe drzewo. Mówi: „nigdy więcej nie kupuj wina w sklepie, ono jest bez duszy". Przynosi swoje wino. Szkoda tylko, że w Polsce takich win nie ma.

Hwar – widoki

Żegnam się z Mirem. On mówi, że się obrazi jeśli zapłacę – byłem jego gościem. Ustalamy, że za pieniądze, które zostawiam, kupi nowy parasol i krzesełka. I jest pretekst do wrześniowego wyjazdu.

Bośnia i Hercegovina

Po wyspie Mljet jadę na kawę do Dubrownika i podejmuję decyzję o powrocie przez Bośnię. Po drodze trafiam do miejsca, w którym się zakochuję – Wodospady Kravica. Miejsce przepiękne i mniej komercyjne niż Plitvice: można pływać, skakać, a nawet rozbić namiot. Całkiem gratis!

Bośnia

W Bośni poznaję Seba, motocyklistę z Belgii. Przejeżdżamy wspólnie całą Bośnię aż do Sarajewa. W Mostarze wybijam mu z głowy skok z Mostu Tureckiego – mimo że mówi: „jak zginę, moje BMW jest twoje".

Sebo nie może zrozumieć, jak to jest, że choć po angielsku nie mówię prawie wcale, a po niemiecku słabo, to tak świetnie znam serbski i bośniacki. Tłumaczę mu, że znam jeszcze czeski, słowacki, słoweński, chorwacki i całkiem nieźle rosyjski. Zatkało? A cały czas w rzeczywistości mówię po polsku.

Most Stari Most w Mostarze

Bośnia to piękny kraj z bardzo życzliwymi ludźmi. Warto go zobaczyć właśnie teraz, gdy jeszcze turyści go nie popsuli. Chyba nigdzie kawa tak nie smakuje jak w Sarajewie i nigdzie tak jak tam nie brzmi zawodzenie muezinów wydobywające się ze świeżo odbudowanych minaretów.

Drogowskazy

Węgry i powrót

Z Bośni przez Serbię jadę na Węgry. Dla mnie to podróż sentymentalna: jako dziecko często tu przyjeżdżałem. Węgry, w moim odczuciu, zatrzymały się jakieś 20 lat temu. Ale wino i jedzenie mają OK.

Z Węgier przez Słowację i Czechy (dla tych krajów wielki plus za podejście do motocyklistów – autostrady mają gratis) wracam do domu. Gdzieś koło Bratysławy dopada mnie totalna burza. Spędzam pół nocy na stacji paliw. Pech? Nie, przecież znalazłem stację. Wszystko zależy od punktu widzenia.

Powrót
„Taka wyprawa to na pewno nie wakacje all inclusive. Zmęczenie, bród, ból. Walka ze słabością, test charakteru. Lecz z drugiej strony – przygoda i nie dające się z niczym porównać przeżycia i wrażenia! Nie wiesz, gdzie będziesz jutro, gdzie spędzisz noc, kogo spotkasz, co zobaczysz. Kocham przygodę."