Zmianę motocykla planowałem już od jakiegoś czasu, ale choć ambicje miałem wielkie, to kasy wciąż za mało. Większość motocyklistów, których spotykam w czasie moich podróży, ma na swych maszynach biało-niebieską szachownicę, więc pierwsza myśl: „szukam BMW". Jednak moja przekorna dusza podpowiada, że może warto pójść inną drogą.
Przeglądając Internet trafiam na Super Tenere 1200. Pamiętam, jak bardzo się zachwycałem tą maszyną, gdy 2 lata temu czytałem o niej w prasie motocyklowej. Decyzja podjęta – szukam tego motocykla i całkiem szybko znajduję idealny egzemplarz. Troszkę negocjacji i mam go. Pierwsza trasa – powrót do domu. Cudowne przeżycie! Po powrocie myślę już tylko o jednym – czas ruszać w świat.
Jadę z Danielem. Jest ode mnie sporo młodszy, lecz jego motocyklowa pasja i umiejętności nastawiają mnie bardzo optymistycznie. Nasze motorki sporo się różnią – Daniel dosiada Suzuki Bandit swojego ojca – więc tym razem będzie więcej asfaltu niż szutru.
Ruszamy z samego rana. Dość szybko dojeżdżamy do Kłodzka, potem Międzylesie i pierwsze ostre winkle w czeskich Sudetach. Bach, i już Austria. Zaraz Słowenia, jeszcze troszkę i Chorwacja – rozbijamy namiot nad Adriatykiem. 1100 km w jeden dzień – to chyba mój rekord. Rano marzliśmy w Sudetach, a przed snem jemy kolację popijaną winem, słuchając szumu Adriatyku.
Albania – dzika, szalona, piękna
ALBANIA – mimo że byłem tu już wiele razy, wciąż mnie zaskakuje. Jest dużo bardziej cywilizowanie niż kiedyś, ale LUDZIE SĄ WCIĄŻ ŻYCZLIWI, A WIDOKI ZAPIERAJĄ DECH. Daniel jest zachwycony, bo takich dróg jak w Albanii nie ma nigdzie w Chorwacji czy Czarnogórze.
VLORA, SARANDE, HIMARA – gorąco, pięknie i tak na luzie jak chyba nigdzie indziej w Europie. W Sarandzie zaskakuje nas deszcz, ale jest tam tysiąc hoteli za cenę przeciętnego hostelu w Polsce. Następnego dnia pobijamy niechlubny rekord: po 23 km stop – zatrzymują nas najpiękniejsze plaże na Bałkanach: KSAMILI. Raj na ziemi, kryształowa woda. Zatrzymujemy się tu na dwa dni.
Spontan do Włoch
W Igoumenitsa wjeżdżamy do portu wybrać wyspę na rejs. Jakie jest nasze zdziwienie, że promy na włoską Calabrię są tańsze niż promy na najbliższe greckie wyspy! Dodatkowo poznajemy świetną pakę motocyklistów: trzech Rosjan i Kazacha. Słowiańskie dusze nadają na tych samych falach – i tak jakoś nie kombinując za dużo, lądujemy na GIRO DI ITALIA.
Szalona noc na promie. Rano Kalabria – piaszczyste plaże, świetne wino, włoskie przeboje. Kolejny dzień – Neapol. Pierwsze miejsce w moich podróżach, w którym odczuwam strach. Wyjeżdżamy błyskawicznie. Przypadkowo mijamy Pompeje i orientujemy się w ostatniej chwili, że przejeżdżamy obok jednego z największych zabytków Europy. Spędzamy tam cały dzień.
Na szczęście następnego dnia wjeżdżamy do Rzymu. Piękno i majestat Wiecznego Miasta rekompensuje wszystko – Koloseum, Watykan, Schody Hiszpańskie. Spędzamy cały dzień, co oczywiście stanowczo za mało.
Alpy – finał z rozmachem
W nawigacji włączam opcję „najkrótsza droga" w poszukiwaniu prawdziwej Toskanii. Wjeżdżamy na 1600 m – Passo di Pradarena – motocyklem w Toskanii wyżej się nie da. Tu jest pięknie i czysto, nie ma turystów.
Jedziemy przez Bormio na Passo Gavia (2660 m n.p.m.) w towarzystwie muflonów i orłów. Potem Passo dello Stelvio – najwyżej położona asfaltowa droga w Europie. Tysiące zakrętów, motocykliści z całej Europy. Kręci nam się w głowach – od wysokości, nie od alkoholu.
Podziękowania
- Danielowi – za to, że powróciła pasja do ostrej jazdy
- Yamaha Super Ténère – za komfort, lekkość prowadzenia i świetny silnik
- Policjantom z Chorwacji, Czarnogóry, Albanii, Grecji i Włoch – za wyrozumiałość dla motocyklistów
- Czeskim autostradom – za przejazd for free dla motocyklistów
- Rosyjskim kumplom z promu – bo w końcu mój rosyjski się przydał